poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Dziś prawdziwych hot dogów już nie ma

Nie ma, co! Nasz naród ma talent do udziwniania i „oswajania” wszystkiego, co tylko się da. Miksuje się słowa, zapożycza i podaje jako nowe - własne i oryginalne. Ostatnio miałem nawet trudności z zakupem normalnego prawdziwego hot doga. Tak! Ja także byłem zdziwiony, kiedy musiałem się zdecydować: roll dog, hot dog francuski i jeszcze jakieś dwa inne rodzaje, których moja pamięć niestety nie była w stanie ogarnąć swoimi mackami. Gdy wyjaśniłem, że chodzi mi o zwykłą bułkę z dziurką wypełnioną parówką z keczupem – dostałem francuza. Taa, francuski hot dog! Niezłe! Nazwa prawie tak dobra, jak oryginalna amerykańska pizza, albo prawdziwe wietnamskie danie podawane z surówką z białej kapusty.

Kiedyś, to były hot dogi. Najlepsze pamiętam jeszcze z Gorzowa. Robiła je pani Ela z dużym dekoltem. To było jak obrzęd. Celebrowało się piątkowe wieczory przy piwie i hot dogach pani Eli. Zwykła buła przekuta szpikulcem nadziana keczupem i cienką parówką. Pycha!

Inne prawdziwe hot dogi podawano w mieście Witnica niedaleko Gorzowa. Nie jest ważne, że pani, która je serwowała (jej imienia nigdy nie poznałem) mówiła: hog dogi. To były pyszne, prawdziwe gorące psy. Tym bardziej, że był to pierwszy ciepły posiłek po solidnej harcerskiej marszrucie.

A teraz, co? Po całej Warszawie trzeba szukać zjadliwych normalnych hot dogów. Wszędzie surówki, dziesięć sosów do wyboru, kabanos zamiast parówki, pieczona cebulka z torebki. Chociaż trzeba przyznać, że te z budy przy Centralnym są zjadliwe nawet w opcji full – ze wszystkimi dodatkami – polecam spróbować, zamiast kebaba.
Jest jednak pocieszenie w tej hotdogowej stołecznej traumie. Zauważyłem tendencję do zakładania punktów hotdogowych (z prawdziwymi hot dogami) na stacjach benzynowych i w niektórych centrach handlowych. Widać nie tylko ja odczuwam tęsknotę. I nie potrzeba wydziwiać z wykwintnymi nazwami, bogactwem dodatków itd…, bo przecież, nic tak nie oszukuje żołądka, jak smaczny niezdrowy prawdziwy hot dog.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Otwock


Zapraszam na reportaż z Otwocka.

Autorem zdjęć jest Paweł Garnecki, któremu bardzo dziekuję za możliwość udostępnienia fotek.

































































































































czwartek, 3 kwietnia 2008

Białołęka


Fabryka leków przywiewa ziemisty zapach,
jednak bywa, że jest to woń zgniłych kartofli
przedzierająca się przez kawałek lasu i
rozległe obszary torowisk.

To mogła być biała łąka, której zapach
rozchylałby okna i nie pozwalał zamknąć.
Biel stokrotek mogłaby nawet oślepiać
w porannym słońcu, jak świeży śnieg.

Tymczasem, łąka, to skrawek trawnika
ze stawkiem, pomiędzy ulicą z chodnikiem,
a ulicą z zatoczką, o której nie warto pamiętać.

środa, 2 kwietnia 2008

Czar MPbzyczków

W przedziale dwie ściany, dwa okna, lustro, osiem kątów, podłoga, sufit i nas czworo. Ten gruby mężczyzna rozwiązujący krzyżówki, co jakiś czas pochłaniający słodycze z miną, na widok której człowiek stawia sobie pytanie – jak można tyle żreć?! I ona – siedząca naprzeciw grubasa – pudernica, jak lalka z porcelanową twarzą pomalowaną na kolor brązowy, – na której widok, jak nóż w kieszeni mordercy, sprężynuje myśl – jak można się tak błyszczeć?! Gdyby pokazywali ją teraz w telewizji mogłaby zabić obliczem. Na szczęście (a moje zdumienie!) pomyliła tylko Sinatrę z Santaną, a Bydgoszcz z Bytomiem. I jeszcze pani mówiąca – na zdrowie [;-)] – kiedy kichałem – z torbą świątecznych żonkilo-prezentów i wypiekami w gazetach. Wszyscy troje ze świszczącymi, stukającymi raz po raz MPbzyczkami w ipodach.

Ciągłe bzyczenie, które przypomina samowolnie latające elektroniczne owady zmodyfikowane cyfrowo genami: MP3, MP4, MPEG, WAV, OGG, APE itd... To jest jak plaga! Przyczepia się do naszych uszu niezależnie od woli i nie ma zamiaru odejść, odpełzać, odczepić się. MPbzyczki bez trudu i zupełnie bezkarnie wiją się w naszych bębenkach i trąbkach, nie tylko bzycząc, ale także stukając jak młot o kowadło – łup! łup! łup!

Najgorsze jest jednak to, że latająca w powietrzu zaraza dotyka nas wszędzie. Nie da się spokojnie poczytać, czy choćby podrzemać w zatłoczonych pojazdach komunikacji miejskiej, pociągach, czy w ciszy zaczekać na swój numerek w kolejce do lekarza, albo pań w okienkach bankowych, pocztowych, w ZUS-ie, itd... Nawet w publicznym szalecie trudno o jakieś skupienie.

Nie mam nic przeciwko nowinkom technicznym. Ba, sam korzystam z rzeczonego ipoda. Wszystko jest przecież dla ludzi. Jednak nie gwałcę ludzkich uszu zatrutym bzyczeniem i nie ogłupiam łupłupaniem w słuchawkach. A może szkoda mi uszu? Pieniędzy na baterie? Albo wstydzę się niemodnych już dzisiaj słuchawek? Hm, o tym nie pomyślałem.

Pozostaje tylko nadzieja, że użytkownicy ipodów dojrzeją i zaczną dostrzegać innych w zasięgu rażenia własnego bzyczka. Ostatecznie, nawet psa, albo kota można nauczyć załatwiania potrzeb w określonych godzinach i miejscach. A to przecież tylko zwierzęta. Może właśnie stąd cały problem? Może człowiek zatęsknił za pierwotnymi przejawami radości, zadowolenia z posiadania najnowszego modelu wszystkomającego telefonu, albo mikroskopijnego ipoda i ma ciągłą potrzebę, aby się chwalić jak sroka błyskotką?

W społeczeństwie nastawionym do życia konsumpcyjnie, gdzie silne, dominujące JA jest propagowane w każdej dziedzinie życia – wszystko jest przecież możliwe. A tradycje w zakresie użytkowania bzyczących urządzeń są raczej ubogie. Instrukcje obsługi na ten temat milczą, a szkoda.
Mimo wszystko, pozostanę optymistą, bo coraz częściej spotykam się z nawykiem wyciszania dzwonków w telefonach komórkowych. Grające zegarki i dające sygnał o pełnej godzinie, to już zupełny przeżytek. Wierzę, że MPbzyczki także odlecą w głęboką niepamięć jak pocztówki grające, kasety stilonówki i przeboje piosenki chodnikowej.

czwartek, 20 marca 2008

Nie ma cię w naszej-klasie, to znaczy, że nie istniejesz.

To wyrażenie mogłoby stanowić całkiem niezły reklamowy slogan, gdyby portal www.nasza-klasa.pl potrzebował rozgłosu. Jednak fenomen witryny polega na rozsianej po całej sieci popularności. Samoczynnie uzupełniają się listy obecności, przychodzą spóźnialscy. Przybywa zdjęć dziatwy – tamtej klasowej i tej własnej, z dorosłego życia. Zapełnia się skrzynka odbiorcza i wiecznie przeciążone serwery. W końcu człowiek jest istotą stadną, funkcjonuje w gromadzie. Tutaj ma nieskończoną ilość możliwości i stad do wyboru. Wolno szukać i dodawać znajomych (nawet najbardziej zapomnianych), wklejać zdjęcia i komentarze. Wolno i nawet należy się przechwalać, lansować i chwalić innych.

Wszyscy wiedzą o nas więcej, aniżeli my sami. Wystarczy wpisać nazwisko, miejscowość, wcisnąć enter i już wiadomo, jakich mamy przyjaciół, gdzie spędzamy wakacje, jaki mamy stan cywilny, ile posiadamy dzieci na utrzymaniu, psów, rybek i czego tam jeszcze. Takiego splendoru nie przewidział żaden z ojców założycieli. Portal przebija popularnością nawet serwisy randkowe, fora dyskusyjne i czaty. Chyba tylko niezmordowane m jak miłość i oratoria Piotra Rubika mogą konkurować z tak ogromną ilością odwiedzin.

W ten sposób powstają nowe przyzwyczajenia. Bo oto przeciętny Polak po przyjściu do pracy rytualnie loguje się w naszej-klasie i zostaje wkręcony w wir poszukiwań – to jest jak nałóg. Kolekcjonujemy znajomych jak kiedyś znaczki, puszki po piwie, czy opakowania po batonikach i czekoladkach z Zachodu. I nie bez powodu niektóre urzędy państwowe blokują pracownikom dostęp do portalu w trosce o jakość i efektywność pracy.

Poniedziałki zwykle upływają na sentymentalnych wspomnieniach weekendowych spotkań w gronie klasowym, opowieściach o pierwszej miłości, studniówkowym partnerze albo rozczarowaniach – jak można się tak roztyć, zestarzeć, osiwieć, wyłysieć. A wszystko połączone z pokazem ostatnio wykonanych zdjęć. I tak do piątku. A potem kolejne spotkania.

Wirus naszej-klasy mutuje. Przejawia się to w powstawaniu familijnych profili oherbowanych zmyślonymi rodowymi godłami. Powstają profile firm zatrudniających kiedykolwiek danego usera. A także karykaturalne serwisy (np. nasza-cela), oraz cokolwiek konkurencyjne, jak www.nasze-wesele.eu. Podobno jest także nasza-d…, ale piszący te słowa miał trudności w odnalezieniu tej jakże szacownej witryny.

To nie jest groźne, co najwyżej zaraźliwe. Miejsce bezkarnego szperania i podglądactwa. Małe google i wikipedia razem wzięte. Big brother offline w wersji lajt. Pamiętajmy o tym składając podanie o pracę, albo starając się o przyjęcie dziecka do nowego przedszkola, czy żłobka. Nie pozwólmy złośliwie mutować niegroźnym wirusom netowego ekshibicjonizmu. Ostatecznie, to Internet jest dla nas, a nie odwrotnie. Czyż nie jest tak, że nie należy inwestować w akcje, kiedy kupując w kiosku gazetę słyszymy, że warto dziś zagrać na giełdzie? O naszej-klasie mówią już wszyscy.

wtorek, 18 marca 2008

Papaja z Urszulą. Pomelo z Pamelą.

Podczas gdy cała Polska zachwyca się występami Ivana Mladka i jego trzydziestoletnim przebojem Jożin z Bażin, w odległej Azji odżyła, o całe dwa lata starsza papaya – wspólne dzieło Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak. I tak oto, znana na całym świecie artystka, jednak niszowa, z dnia na dzień stała się gwiazdą masową za sprawą wszechogarniającego papaya-dance.

I można tylko postawić pytanie – jak to się dzieje? Pomimo tak wielkiej popularności tanecznych programów w rodzimych stacjach telewizyjnych, żadna z gwiazd tańczących na lodzie, czy też bez lodu, żadna z powtarzających sobie jak mantrę – u can dance, u cad dance – nikt nie wpadł na pomysł, że można zatańczyć papaye.

Może wszystkiemu winna jest znikoma znajomość egzotycznych owoców? Zbyt mała popularność atlasowych publikacji profesora Pieniążka? Może w Polsce łatwiej byłoby wpaść na pomelo-dance? Bo największy owoc z rodziny cytrusów wiedzie ostatnio prym w sprzedaży zamorskich fruktusów. I jak się kojarzy! Pomelo z Pamelą – to byłoby coś! Ale cóż, tu jednak potrzeba mądrości! Nie trzeba być mistrzem gry szklanych paciorków, znać filozofii wschodu, ćwiczyć jogi, ani oglądać filmów rodem z Bollywood. Wystarczy poczucie rytmu, Internet i pomysł.

Pomysłów było wiele, od kiedy autor niniejszego tekstu pamięta. Wszyscy, jak okiem sięgnąć znają weselnego węża, czy słynne: cała sala, chodzi lisek koło drogi, jedzie pociąg z daleka, wreszcie prawy do lewego i anty-taniec - pogo. A z bardziej egzotycznych: lambada, flamenco, macarena, czy nieśmiertelne tango – genialnie uwieczniane na starych filmach, rumba, salsa i tak można by w nieskończoność. Ale nie o tym chciałem napisać.

O ile z Jożinem sprawa jest prosta – Polaków czeski język rozśmiesza od zawsze. Bard Mladek, dołożył tylko swego rodzaju bonus w postaci charyzmatycznego tańca i niezapomniany image. Jednak fenomen papaya-dance zaskakuje bezwzględnie wszystkich. Zaskakuje, tym bardziej, że jest to w pełni zasłużony sukces wielkiej artystki. Owszem, może zastanawiać to, co Urszula Dudziak ostatnio wyczynia. Można się dziwić, że podchwyciła temat i jeździ po całej Polsce prowadząc szkółki papaya-dance, ale – prawdziwie wielcy mają zawsze rację! A Pani Dudziak jest bez wątpienia wielką, o ile nie największą żyjącą gwiazdą polskiej muzyki jazzowej, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jej otwarty sposób bycia potrafi zachwycać podczas koncertów, które bywają swoistym show jednego artysty. Dzisiaj świat oddaje te spontaniczne emocje – oby jak najdłużej!

Dwa razy w życiu spotkałem Panią Urszulę. Za pierwszym razem było to spotkanie świadome – jej własny koncert. Za drugim – usiadła po prostu nieopodal, na trawie pod Królikarnią w Warszawie z lampką wina w ręku podczas koncertu Kronos Quartet. Taka jest właśnie Urszula Dudziak, taka jest jej papaya i taniec, który zdaje się nie dostrzegać granic. Dociera wszędzie mocą wspaniałego głosu i siłą talentu tych dwojga znakomitych artystów. Może nawet lepiej, że masowa popularność przyszła dopiero u schyłku kariery, że przypadła na lata dojrzałe. Bo dla początkującego artysty nie ma chyba nic gorszego, niż niezasłużona, chwilowa sława, która przeradza się w równie szybkie, co trwałe, zapomnienie. Pani Urszula Dudziak z całą pewnością zdaje sobie sprawę, że wielka sława to żart i nie grozi jej odmóżdżenie, jak dzieje się to w przypadku większości ledwo świecących gwiazdeczek-chwilówek. Tak, więc – smakujmy papaye i tańczmy – jak długo się da!

piątek, 7 marca 2008

wielka piłka

wielka piłka odlicza
ile zostało dni godzin minut i sekund
wielka piłka
obok ratusza praga południe
szkoda że nie jest tak mądra
i nie wylicza ile wydano milionów euro
ile włożono nadziei i złudzeń
ale cóż to tylko piłka
ech wielka piłka

http://www.eastnews.pl/news/biuletyn.php?idPozycji=11772&kiedy=2007-09-28

niedziela, 17 lutego 2008

Żeby

Mieć życie na własność jak siedem godzin
spędzanych w pociągu pomiędzy mieszkaniem
rodziców, a tym, w którym się mieszka.

Dalsze godziny kreują się w zależności od
treści poznanych książek.

Kawałek wieczności pośród bezkresnej
inkarnacji bytu, albo lądowanie na jednym
z poziomów six feet under.

Można pływać bezwładnie pomiędzy
puzzlami bezkształtnych obłoków
niczym homocumulonimbus.

Żeby jeszcze cokolwiek przewidzieć, zamiast
mantrować błędy, jak koraliki przesuwane
pomiędzy kostkami kolejnych wypustek.

Tajabone

Barcelona
nocnym płaszczem okryta
gdzieniegdzie tylko światła
na przedmieściach ogniska
radio w taksówce
w najpodlejszej dzielnicy miasta
nadaje pieśń

http://pl.youtube.com/watch?v=nPrM5ETck6E

http://szafa65.wrzuta.pl/audio/2h4iSQ3XYr/ismael_lo_-_tajabone


Daj mi dłoń

Daj, daj mi dłoń
Proszę daj mi dłoń
Daj, daj mi dłoń
Proszę daj mi dłoń

Ja wiem uścisk Twój
Zawsze chronił mnie
I mój własny świat
Cały kruchy świat

Daj, daj mi dłoń
Proszę daj mi dłoń

Podejdź
Do mnie
Podejdź
Daj mi dłoń

Przytul
Dotknij
Proszę
Podejdź

środa, 13 lutego 2008

time goes by so slowly

cyk cyk cyk cyk

cyk cyk cyk cyk

ja

zegar

cyk cyk cyk cyk

tak

odmierzam

time goes by so slowly

time goes by so slowly

time goes by so slowly

time goes by so slowly

wtorek, 29 stycznia 2008

Mądrość słowa

I

Jednak lepiej jest
nie mówić zbyt wiele,
nie mając pewności, że
słowa nie wrócą z impetem.


II

Czasami dobrze jest
ugryźć się w język
Nie obiecywać zbyt wiele.


III

Uprzejmość. Takt. Kultura.
Są jak niewidzialne ciosy, które
usypiają czujność wroga.
Należy w sobie wypracować
nawyk uprzejmości, ażeby łatwiej
i sprawniej pokonywać trudności
zachowując energię i czas.


IV

Nie powinienem przywiązywać się
do spotykanych wszędzie ludzi.
Powinienem się do nich przyzwyczajać.


V

Wytrwałość i cierpliwość powinny być
jak starsze siostry, które w chwilach słabości
potrafią doradzić, pocieszyć i opierdolić.
Zbyt mało w nas tej siostrzanej opieki.

VI

Ćwiczmy naszą cierpliwość, wytrwałość
i wyrozumiałość.

niedziela, 27 stycznia 2008

Pierwszy krzyk

Dzień Dialogu z Islamem (Polska)
Dzień Pamięci Ofiar Nazizmu
Światowy Dzień Trędowatych

27 stycznia 1756r. w Salzburgu urodził się W.A. Mozart

27 stycznia 1978r. w Drezdenku urodził się Paweł Łęczuk



Dzisiaj świat wygląda zupełnie inaczej. Życie wydaje się inne. Bardziej kruche, ulotne. Pewne sprawy stracone. Dziś nie muszę unosić wysoko głowy, ani krzyczeć, aby ktoś dorosły usłyszał. Przeciwnie – to ja schylam głowę i nadstawiam ucho by słyszeć podlotki. A przecież nie tak dawno byłem jeszcze niczego nieświadomym brzdącem.

Nie znam szczegółów dnia mojego przyjścia na świat. Swoją wiedzę na ten temat zawdzięczam tylko enigmatycznym dygresjom rodziców, rodzeństwa i niektórych sąsiadów. Z pewnością była wtedy sroga zima, a cała Lipinka przykryta śniegiem tak samo jak polne ścieżki prowadzące do lasu. Jezioro skute grubym lodem. Śnieżne zaspy solidnie utrudniały życie niektórym drwalom, ale dla dzieci to była atrakcja. Szyby w oknach były pokryte szronem uformowanym w najprzeróżniejsze kwieciste kształty. A z każdego komina we wsi unosiły się smugi mglistego dymu. Lipinka wyglądała inaczej niż dziś. Tam była młodość i radość. Ludzie uśmiechali się jeszcze do siebie.


Tej nocy, kiedy przyszedłem na świat, całą wieś ogarniał twardy spokojny sen. Tylko mój tata nie mógł spać i chyba przeczuwał moją obecność. Przypuszczał, że już jestem na świecie i daję o sobie znać personelowi szpitala w Drezdenku. Co prawda, jestem czwartym z kolei dzieckiem, ale drugim synem i to był powód do dumy dla ojca. Następnego ranka na swoim komarku przybył na porodówkę uściskać żonę i rozwrzeszczane maleństwo.

Mój starszy brat był bardzo zdziwiony, że jestem taki malutki – kiedy on nam urośnie – pytał ciągle mamy. Z siostrami było inaczej. Cieszyły się, że otrzymały żywą lalkę i chętnie zabierały mnie na spacery. Wszystkie nastolatki z Lipinki i Radęcina robiły „a ti! ti! Bobasku!” i inne takie głupoty. Żadnej do głowy nie przyszło, że za cholerę nie wiem, o co im chodzi. Ryczałem, bo narobiłem w pory, a nie ze strachu przed kimś lub czymśtam. Woziły mnie te zgraje panienek po kocich łbach, po polnych drogach, łąkach i lasach. Zabierały na plażę. Aż pewnego dnia, okazało się, że w te wszystkie miejsca mogę dotrzeć na własnych nogach – zacząłem chodzić. Dla mamy to było prawdziwe utrapienie. Jak nie wpadłem do gnojówki, to przewrócił mnie zły kaczor, kogut podziobał nogi, albo zaliczyłem upadek w pokrzywy. Poznawałem podwórko metodą prób i błędów. Wszyscy z rodziny chętnie się zajmowali małym Pawełkiem diabełkiem – przynajmniej w pierwszych latach mojego życia. Trzydzieści lat temu - w czasach, z których niewiele już dzisiaj pamiętam.






Dzisiaj?
Proponuję posłuchać Elżbiety Wojnowskiej:
http://wampirca.wrzuta.pl/audio/9VFCwjvPDS/17_-_elzbieta_wojnowska_-_zycie_moje

Zapomiałbym o ważnej rzeczy. Coś w rodzaju hymnu:
http://pl.youtube.com/watch?v=WUdP65zSp5U



piątek, 25 stycznia 2008

bezsennienie

dyskretnie ocieram z czoła
przezroczyste groszki
podbiegałem próbując się
w maratonie codziennych spraw

wyciągam jedną
z trzydziesty dłoni
(po jednej na dzień)
a każdy z palców
żądny złotego krążka

i znów

wkraczam w objęcia ramion
łączących przeciwległe brzegi
ścigam się kreatywnie
mała czarna potem druga
z ekspresu gorzka i z mleczkiem

bezsennieję



środa, 23 stycznia 2008

www.nasza-klasa.pl


Kto dzisiaj chciałby słuchać Kaczmarskiego?
Chyba tylko pokolenie naszych rodziców.

Jeszcze chłopcy z Habakuka i załoga Grabaża.
Pozostali słuchają już tylko ich.

Co się stało z naszą klasą – kto teraz pisze
takie pieśni? Kto się nad tym zastanawia?

Uzupełniają się listy obecności, przychodzą
spóźnialscy. Przybywa zdjęć dziatwy – tamtej klasowej

i tej własnej, z dorosłego życia. Zapełnia się skrzynka
odbiorcza i wiecznie przeciążone serwery.

Świeczek przy grobie Jacka z każdym rokiem przybywa.
Wszyscy wiedzą o nas więcej, aniżeli my sami.


Fot. M.Kobyliński

poniedziałek, 21 stycznia 2008

radioterapia (biczowanie dźwiękiem)

puk puk puk zapraszamy do reklamy
para pa pa pa rmf fm
pin 102 fm
radio zet i już
radio wawa zawsze polska muzyka
słucham tylko mamy i radia
największa filharmonia świata w twoim domu
rmf classic inspirujące
słucham taty i radia
antyradio niegrzeczne dziecko eteru
bardzo inna stacja
radio dla ciebie
lato z radiem
złote przeboje
radio taxi
video killed the radio star

niedziela, 20 stycznia 2008

Już prawie jesień

Już prawie jesień, noc długa i dzień
paskudny. Szyby deszcz atakuje.

Naciąga struny, śpiewa z Bułatem.
Podobno ktoś rzucił rękawicę
ale wzrok ma nie ten i schylanie
już nie dla niej chociaż bardzo się rwie.
Nienada, powiedzieli lekarze.

Długie wieczory spędza samotnie
studiując wciąż horoskopy, hunę
i całą dostępną ezoterię.
Może tam znajdzie wreszcie odpowiedź.
Tymczasem wiatr w szparach pogwizduje
i myśli sprowadza smętne jakieś.

Melancholnieje. Już prawie jesień
paskudna. Szyby atakuje deszcz.

piątek, 18 stycznia 2008

więc

nie mam już smaku kochanie
i wszystko mi jedno co jadam
więc się kochajmy

niedługo całkiem oślepnę
albo zachoruję na raka
tylko jeszcze nie wiem - wątroby
płuc żołądka siatkówki oka czy mózgu

spośród ponurych dźwięków trupiej gamy
można sobie ułożyć dowolną melodię
pod warunkiem że ma się pamięć
i słuch

więc się kochajmy
nie musisz się starać aby ten zaczyn
wyrósł na smakowicie wyglądający bochen
ja nie poczuję nie zobaczę nie dotknę

więc
tylko to nam zostaje


http://pl.youtube.com/watch?v=SnU0VpzVZN8

czwartek, 17 stycznia 2008

Najlepsza historia

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje, a kołaczącemu zostanie otworzone.
(Łk 11, 9 - 10)

Gdyby Admin był Bogiem, istniałaby szansa,
że ktoś odbiera te mejle posyłane w kosmos,
jak skargi.

Wolna amerykanka bytów. Można zmieniać
loginy, wedle potrzeby. Unicestwiać i tworzyć
na nowo.

Banicja trolli. On mnie uraził, Panie, trzeba
go zbanować. Nie ma bezkarnych nicków.
Pamiętaj o tym.

Ucieczka głupców, straszonych rzezią
niewinnych haseł. Bywa, że tak powstają
historie najlepsze.

A jeśli, to Bóg jest Adminem świata?

środa, 16 stycznia 2008

marszałkowska-warszawa-polska

zwarte w szeregu kolejno
aż wstyd wymieniać
sex shop peep show
sex shop kebab
kebab chińczyk
sex shop do którego wchodzi starszy brodaty pan
sex shop z którego jakiś inny starszy pan wychodzi
sex shop chińczyk z pijaną obsługą
chińczyk kebab wstawieni oczekujący
sex shop kabiny dvd
obiady domowe
sklep tybetański
mała naklejka z napisem free tibet
sex shop chińczyk
nocny kebab
marszałkowska
warszawa
polska




wtorek, 15 stycznia 2008

Może

Nasze kłamstwa są jak smrodliwe powiewy
puszczane ukradkiem pomiędzy kolejnymi

napadami udawanego kaszlu. Naszym językiem
są te spojrzenia i gesty,

z których wynika, że nic nie wiemy.
Każde z nas udaje kogoś innego.

Może, gdyby symbole miały jakieś znaczenie,
odczytałbym taką wiedzę między cyframi

zanim odbiorę telefon. Zamiast wpisywać
swoje nazwisko na listę oczekujących.

Zwykle wyciszam dzwonek - stąd tyle
nieodebranych połączeń - żadnych cyferek.

Tylko nieznane numery.