wtorek, 29 lipca 2008

Obce klimaty

Więc jednak się spełnia.

Obcy, o którym marzysz osiągnął
osiem milimetrów długości.

To już nie jest zwyczajna kuleczka
spod nosa, którą daje się schować
pod krzaczkiem rudawych włosków
nad górną wargą.

Czy kot Rademenes potrafił liczyć
do ośmiu?

Dziś w nocy,
Em otrzymał pierwszego kopniaka.
Próbuje się porozumieć ze swoim obcym.

wtorek, 22 lipca 2008

Jak rozmawiać z Angolem

Do you? I don’t.

Do you mind if we drink
a bottle of white wine
tonight?

Remember,
we could drive that oldest
car of our life
in the second act
of the opera.

We could…nevermind.

Do you mind if we are drunk?



Dancing

They are dancing.
Here is the grave of Columbus
and Vangelis is playing.

They took us for an ancient journey
in this oasis.

Here comes Roxanne.

They are still dancing.

środa, 9 lipca 2008

haiku

Tup tup. Ruch głową
i fru. Tup tup. Tup tup tup.
Wróbel na stole.

czwartek, 3 lipca 2008

Gorzów

Wypadają włosy.
Brzuch rośnie.
Stoi pod murem
i dmucha.

Nikt nie pamięta,
że grał w Opolu. Saksofon
ten sam.

Bezmięsny jazz
płynie jak Warta
pomiędzy murami kamienic
i uliczkami. Zamknęli club.

I na to wszystko summertime.

Elvis jęczy.
Krzesła już puste.
Wyciągam cię.

W domu
podaję najlepszą szynkę,
jaką można dostać
w osiedlowym dyskoncie.

Ubliżasz mi,
że to mielonka.

środa, 2 lipca 2008

kukusialek

droga, cień, szybko, słońce,
nie widać, gdzie jestem, gdzie droga,
za szybko, o boże, las, dziura, drzewo,
gdzie jestem, hamulec, nie działa,
hamulec, hamulec.
nie działa.

kukusialek na czole.
efekt zderzenia z drzewem.

uboczny produkt relacjiz naturą.
nieplanowany zakup.
pamiątka.

zdarzenia wcześniejsze.
stanowią prolog.

wtorek, 10 czerwca 2008

Urodziny SLAMU BE

MISS FOPA opuszcza SLAM BE.

Urodziny SLAMU BE były bardzo przyjemne.

Oto oficjalny plakat imprezy. Otrzymałem mailem od wodzireja.
























I ja tam jestem...

Dzięki Lila za ten rok!!!
Powodzenia!!!!!!!

piątek, 30 maja 2008

WARSZAWSKA PALMA


Przejaw Autonomicznego Logicznego Myślenia Artystów

„… A POZA TYM WSZYSTKO PORZĄDKU”


Konkurs dla debiutujących satyryków na skecz lub monolog satyryczny na temat: ”

… a poza tym wszystko w porządku”, organizowany po raz pierwszy na scenie Domu Kultury „Rakowiec” we współpracy z warszawskimi kabaretami.


* tekst zaczerpnięty z materiałów reklamujących imprezę.

wtorek, 13 maja 2008

Idź

Znowu czas się lilaczy.

Na żoliborskich kępach i w sadach
daje się głaskać jak wieczna owieczka.

A ty odpływaj gumowa głupoto
ze swoim światem i lekomanią.

Znowu czas się lilaczy.

Cóż mogą znaczyć cztery minuty,
gdyby zestawić je z moją trzydziestką,
albo urodą Doriana?

W Castoramie tyle czasu wystarczy by wytłumaczyć
jak działa przedłużka do wałka,
którym chcesz wymalować mi ściany.

Musisz wiedzieć, że moje ściany to okna.
Przezroczystych powierzchni nie ma potrzeby
pokrywać akrylem.

Znowu czas się lilaczy.

No, idź już.
Idź figurko próżności.
Idź!

sobota, 3 maja 2008

"Widok z okna" w Radości

Mógłbym zacząć od tego, że „stoję w oknie”, ale teraz siedzę, więc na początek wyznam, iż kilka lat temu pracowałem w nowoczesnym biurowcu. Okna były bez klamek, czyli mówiąc prościej – były nieotwieralne i stanowiły tylko element konstrukcyjny całego budynku. Krajobraz za oknem regulowany był częstotliwością wizyt ekip alpinistycznych. To były złe okna. Wyobraźcie sobie gorący lipiec po wyjściu z takiej konserwy.
Krystyna Woźniak w swoim widowisku pokazuje tradycyjne okno wykończone drewnianą stolarką. Widok z okna bywa tu pocieszeniem, refleksją i pytaniem o człowieczeństwo. I to jest właściwe okno. Budząc się, odruchowo podchodzimy do okna. Widok jest jakimś wyzwaniem. Jak przetrwać? Co zrobić?
Piosenki i wiersze prezentowane przez artystów związanych z gorzowskim i warszawskim środowiskiem RSTK, pokazały kilkanaście różnych spojrzeń i obrazów, które możemy wychwycić patrząc przez zwyczajne okno. Nie ma znaczenia, czy jest to okno starej kobiety widzącej bruzdy i fale pomyłek, czy spojrzenie dziewczyny. Najgorsze są szklane domy. Okna stają się wtedy podłogą, sufitem i ścianą. Nie można odgadnąć, co jest po drugiej stronie. A przecież okno jest jak zwierciadło, które potrafi mówić.

Jadąc pociągiem pomiędzy Warszawą a Gorzowem, przeważnie czytam, albo próbuję spać. Widok z okna jest wtedy ukojeniem, chociaż bywa wspomnieniem wykładów na geografii. Mimo wszystko, sprawia mi radość. I nie bez powodu Krystyna Woźniak zdecydowała się na prezentację spektaklu w tym akurat miejscu i tym czasie, który pozwala jeszcze pielgrzymować pamięci pod puste okno w Krakowie.

Podwójna radość – duża, pisana małą literą „r” i Radość, w której publiczność prosi o bis. Czy można chcieć więcej?

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Dziś prawdziwych hot dogów już nie ma

Nie ma, co! Nasz naród ma talent do udziwniania i „oswajania” wszystkiego, co tylko się da. Miksuje się słowa, zapożycza i podaje jako nowe - własne i oryginalne. Ostatnio miałem nawet trudności z zakupem normalnego prawdziwego hot doga. Tak! Ja także byłem zdziwiony, kiedy musiałem się zdecydować: roll dog, hot dog francuski i jeszcze jakieś dwa inne rodzaje, których moja pamięć niestety nie była w stanie ogarnąć swoimi mackami. Gdy wyjaśniłem, że chodzi mi o zwykłą bułkę z dziurką wypełnioną parówką z keczupem – dostałem francuza. Taa, francuski hot dog! Niezłe! Nazwa prawie tak dobra, jak oryginalna amerykańska pizza, albo prawdziwe wietnamskie danie podawane z surówką z białej kapusty.

Kiedyś, to były hot dogi. Najlepsze pamiętam jeszcze z Gorzowa. Robiła je pani Ela z dużym dekoltem. To było jak obrzęd. Celebrowało się piątkowe wieczory przy piwie i hot dogach pani Eli. Zwykła buła przekuta szpikulcem nadziana keczupem i cienką parówką. Pycha!

Inne prawdziwe hot dogi podawano w mieście Witnica niedaleko Gorzowa. Nie jest ważne, że pani, która je serwowała (jej imienia nigdy nie poznałem) mówiła: hog dogi. To były pyszne, prawdziwe gorące psy. Tym bardziej, że był to pierwszy ciepły posiłek po solidnej harcerskiej marszrucie.

A teraz, co? Po całej Warszawie trzeba szukać zjadliwych normalnych hot dogów. Wszędzie surówki, dziesięć sosów do wyboru, kabanos zamiast parówki, pieczona cebulka z torebki. Chociaż trzeba przyznać, że te z budy przy Centralnym są zjadliwe nawet w opcji full – ze wszystkimi dodatkami – polecam spróbować, zamiast kebaba.
Jest jednak pocieszenie w tej hotdogowej stołecznej traumie. Zauważyłem tendencję do zakładania punktów hotdogowych (z prawdziwymi hot dogami) na stacjach benzynowych i w niektórych centrach handlowych. Widać nie tylko ja odczuwam tęsknotę. I nie potrzeba wydziwiać z wykwintnymi nazwami, bogactwem dodatków itd…, bo przecież, nic tak nie oszukuje żołądka, jak smaczny niezdrowy prawdziwy hot dog.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Otwock


Zapraszam na reportaż z Otwocka.

Autorem zdjęć jest Paweł Garnecki, któremu bardzo dziekuję za możliwość udostępnienia fotek.

































































































































czwartek, 3 kwietnia 2008

Białołęka


Fabryka leków przywiewa ziemisty zapach,
jednak bywa, że jest to woń zgniłych kartofli
przedzierająca się przez kawałek lasu i
rozległe obszary torowisk.

To mogła być biała łąka, której zapach
rozchylałby okna i nie pozwalał zamknąć.
Biel stokrotek mogłaby nawet oślepiać
w porannym słońcu, jak świeży śnieg.

Tymczasem, łąka, to skrawek trawnika
ze stawkiem, pomiędzy ulicą z chodnikiem,
a ulicą z zatoczką, o której nie warto pamiętać.

środa, 2 kwietnia 2008

Czar MPbzyczków

W przedziale dwie ściany, dwa okna, lustro, osiem kątów, podłoga, sufit i nas czworo. Ten gruby mężczyzna rozwiązujący krzyżówki, co jakiś czas pochłaniający słodycze z miną, na widok której człowiek stawia sobie pytanie – jak można tyle żreć?! I ona – siedząca naprzeciw grubasa – pudernica, jak lalka z porcelanową twarzą pomalowaną na kolor brązowy, – na której widok, jak nóż w kieszeni mordercy, sprężynuje myśl – jak można się tak błyszczeć?! Gdyby pokazywali ją teraz w telewizji mogłaby zabić obliczem. Na szczęście (a moje zdumienie!) pomyliła tylko Sinatrę z Santaną, a Bydgoszcz z Bytomiem. I jeszcze pani mówiąca – na zdrowie [;-)] – kiedy kichałem – z torbą świątecznych żonkilo-prezentów i wypiekami w gazetach. Wszyscy troje ze świszczącymi, stukającymi raz po raz MPbzyczkami w ipodach.

Ciągłe bzyczenie, które przypomina samowolnie latające elektroniczne owady zmodyfikowane cyfrowo genami: MP3, MP4, MPEG, WAV, OGG, APE itd... To jest jak plaga! Przyczepia się do naszych uszu niezależnie od woli i nie ma zamiaru odejść, odpełzać, odczepić się. MPbzyczki bez trudu i zupełnie bezkarnie wiją się w naszych bębenkach i trąbkach, nie tylko bzycząc, ale także stukając jak młot o kowadło – łup! łup! łup!

Najgorsze jest jednak to, że latająca w powietrzu zaraza dotyka nas wszędzie. Nie da się spokojnie poczytać, czy choćby podrzemać w zatłoczonych pojazdach komunikacji miejskiej, pociągach, czy w ciszy zaczekać na swój numerek w kolejce do lekarza, albo pań w okienkach bankowych, pocztowych, w ZUS-ie, itd... Nawet w publicznym szalecie trudno o jakieś skupienie.

Nie mam nic przeciwko nowinkom technicznym. Ba, sam korzystam z rzeczonego ipoda. Wszystko jest przecież dla ludzi. Jednak nie gwałcę ludzkich uszu zatrutym bzyczeniem i nie ogłupiam łupłupaniem w słuchawkach. A może szkoda mi uszu? Pieniędzy na baterie? Albo wstydzę się niemodnych już dzisiaj słuchawek? Hm, o tym nie pomyślałem.

Pozostaje tylko nadzieja, że użytkownicy ipodów dojrzeją i zaczną dostrzegać innych w zasięgu rażenia własnego bzyczka. Ostatecznie, nawet psa, albo kota można nauczyć załatwiania potrzeb w określonych godzinach i miejscach. A to przecież tylko zwierzęta. Może właśnie stąd cały problem? Może człowiek zatęsknił za pierwotnymi przejawami radości, zadowolenia z posiadania najnowszego modelu wszystkomającego telefonu, albo mikroskopijnego ipoda i ma ciągłą potrzebę, aby się chwalić jak sroka błyskotką?

W społeczeństwie nastawionym do życia konsumpcyjnie, gdzie silne, dominujące JA jest propagowane w każdej dziedzinie życia – wszystko jest przecież możliwe. A tradycje w zakresie użytkowania bzyczących urządzeń są raczej ubogie. Instrukcje obsługi na ten temat milczą, a szkoda.
Mimo wszystko, pozostanę optymistą, bo coraz częściej spotykam się z nawykiem wyciszania dzwonków w telefonach komórkowych. Grające zegarki i dające sygnał o pełnej godzinie, to już zupełny przeżytek. Wierzę, że MPbzyczki także odlecą w głęboką niepamięć jak pocztówki grające, kasety stilonówki i przeboje piosenki chodnikowej.

czwartek, 20 marca 2008

Nie ma cię w naszej-klasie, to znaczy, że nie istniejesz.

To wyrażenie mogłoby stanowić całkiem niezły reklamowy slogan, gdyby portal www.nasza-klasa.pl potrzebował rozgłosu. Jednak fenomen witryny polega na rozsianej po całej sieci popularności. Samoczynnie uzupełniają się listy obecności, przychodzą spóźnialscy. Przybywa zdjęć dziatwy – tamtej klasowej i tej własnej, z dorosłego życia. Zapełnia się skrzynka odbiorcza i wiecznie przeciążone serwery. W końcu człowiek jest istotą stadną, funkcjonuje w gromadzie. Tutaj ma nieskończoną ilość możliwości i stad do wyboru. Wolno szukać i dodawać znajomych (nawet najbardziej zapomnianych), wklejać zdjęcia i komentarze. Wolno i nawet należy się przechwalać, lansować i chwalić innych.

Wszyscy wiedzą o nas więcej, aniżeli my sami. Wystarczy wpisać nazwisko, miejscowość, wcisnąć enter i już wiadomo, jakich mamy przyjaciół, gdzie spędzamy wakacje, jaki mamy stan cywilny, ile posiadamy dzieci na utrzymaniu, psów, rybek i czego tam jeszcze. Takiego splendoru nie przewidział żaden z ojców założycieli. Portal przebija popularnością nawet serwisy randkowe, fora dyskusyjne i czaty. Chyba tylko niezmordowane m jak miłość i oratoria Piotra Rubika mogą konkurować z tak ogromną ilością odwiedzin.

W ten sposób powstają nowe przyzwyczajenia. Bo oto przeciętny Polak po przyjściu do pracy rytualnie loguje się w naszej-klasie i zostaje wkręcony w wir poszukiwań – to jest jak nałóg. Kolekcjonujemy znajomych jak kiedyś znaczki, puszki po piwie, czy opakowania po batonikach i czekoladkach z Zachodu. I nie bez powodu niektóre urzędy państwowe blokują pracownikom dostęp do portalu w trosce o jakość i efektywność pracy.

Poniedziałki zwykle upływają na sentymentalnych wspomnieniach weekendowych spotkań w gronie klasowym, opowieściach o pierwszej miłości, studniówkowym partnerze albo rozczarowaniach – jak można się tak roztyć, zestarzeć, osiwieć, wyłysieć. A wszystko połączone z pokazem ostatnio wykonanych zdjęć. I tak do piątku. A potem kolejne spotkania.

Wirus naszej-klasy mutuje. Przejawia się to w powstawaniu familijnych profili oherbowanych zmyślonymi rodowymi godłami. Powstają profile firm zatrudniających kiedykolwiek danego usera. A także karykaturalne serwisy (np. nasza-cela), oraz cokolwiek konkurencyjne, jak www.nasze-wesele.eu. Podobno jest także nasza-d…, ale piszący te słowa miał trudności w odnalezieniu tej jakże szacownej witryny.

To nie jest groźne, co najwyżej zaraźliwe. Miejsce bezkarnego szperania i podglądactwa. Małe google i wikipedia razem wzięte. Big brother offline w wersji lajt. Pamiętajmy o tym składając podanie o pracę, albo starając się o przyjęcie dziecka do nowego przedszkola, czy żłobka. Nie pozwólmy złośliwie mutować niegroźnym wirusom netowego ekshibicjonizmu. Ostatecznie, to Internet jest dla nas, a nie odwrotnie. Czyż nie jest tak, że nie należy inwestować w akcje, kiedy kupując w kiosku gazetę słyszymy, że warto dziś zagrać na giełdzie? O naszej-klasie mówią już wszyscy.

wtorek, 18 marca 2008

Papaja z Urszulą. Pomelo z Pamelą.

Podczas gdy cała Polska zachwyca się występami Ivana Mladka i jego trzydziestoletnim przebojem Jożin z Bażin, w odległej Azji odżyła, o całe dwa lata starsza papaya – wspólne dzieło Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak. I tak oto, znana na całym świecie artystka, jednak niszowa, z dnia na dzień stała się gwiazdą masową za sprawą wszechogarniającego papaya-dance.

I można tylko postawić pytanie – jak to się dzieje? Pomimo tak wielkiej popularności tanecznych programów w rodzimych stacjach telewizyjnych, żadna z gwiazd tańczących na lodzie, czy też bez lodu, żadna z powtarzających sobie jak mantrę – u can dance, u cad dance – nikt nie wpadł na pomysł, że można zatańczyć papaye.

Może wszystkiemu winna jest znikoma znajomość egzotycznych owoców? Zbyt mała popularność atlasowych publikacji profesora Pieniążka? Może w Polsce łatwiej byłoby wpaść na pomelo-dance? Bo największy owoc z rodziny cytrusów wiedzie ostatnio prym w sprzedaży zamorskich fruktusów. I jak się kojarzy! Pomelo z Pamelą – to byłoby coś! Ale cóż, tu jednak potrzeba mądrości! Nie trzeba być mistrzem gry szklanych paciorków, znać filozofii wschodu, ćwiczyć jogi, ani oglądać filmów rodem z Bollywood. Wystarczy poczucie rytmu, Internet i pomysł.

Pomysłów było wiele, od kiedy autor niniejszego tekstu pamięta. Wszyscy, jak okiem sięgnąć znają weselnego węża, czy słynne: cała sala, chodzi lisek koło drogi, jedzie pociąg z daleka, wreszcie prawy do lewego i anty-taniec - pogo. A z bardziej egzotycznych: lambada, flamenco, macarena, czy nieśmiertelne tango – genialnie uwieczniane na starych filmach, rumba, salsa i tak można by w nieskończoność. Ale nie o tym chciałem napisać.

O ile z Jożinem sprawa jest prosta – Polaków czeski język rozśmiesza od zawsze. Bard Mladek, dołożył tylko swego rodzaju bonus w postaci charyzmatycznego tańca i niezapomniany image. Jednak fenomen papaya-dance zaskakuje bezwzględnie wszystkich. Zaskakuje, tym bardziej, że jest to w pełni zasłużony sukces wielkiej artystki. Owszem, może zastanawiać to, co Urszula Dudziak ostatnio wyczynia. Można się dziwić, że podchwyciła temat i jeździ po całej Polsce prowadząc szkółki papaya-dance, ale – prawdziwie wielcy mają zawsze rację! A Pani Dudziak jest bez wątpienia wielką, o ile nie największą żyjącą gwiazdą polskiej muzyki jazzowej, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jej otwarty sposób bycia potrafi zachwycać podczas koncertów, które bywają swoistym show jednego artysty. Dzisiaj świat oddaje te spontaniczne emocje – oby jak najdłużej!

Dwa razy w życiu spotkałem Panią Urszulę. Za pierwszym razem było to spotkanie świadome – jej własny koncert. Za drugim – usiadła po prostu nieopodal, na trawie pod Królikarnią w Warszawie z lampką wina w ręku podczas koncertu Kronos Quartet. Taka jest właśnie Urszula Dudziak, taka jest jej papaya i taniec, który zdaje się nie dostrzegać granic. Dociera wszędzie mocą wspaniałego głosu i siłą talentu tych dwojga znakomitych artystów. Może nawet lepiej, że masowa popularność przyszła dopiero u schyłku kariery, że przypadła na lata dojrzałe. Bo dla początkującego artysty nie ma chyba nic gorszego, niż niezasłużona, chwilowa sława, która przeradza się w równie szybkie, co trwałe, zapomnienie. Pani Urszula Dudziak z całą pewnością zdaje sobie sprawę, że wielka sława to żart i nie grozi jej odmóżdżenie, jak dzieje się to w przypadku większości ledwo świecących gwiazdeczek-chwilówek. Tak, więc – smakujmy papaye i tańczmy – jak długo się da!

piątek, 7 marca 2008

wielka piłka

wielka piłka odlicza
ile zostało dni godzin minut i sekund
wielka piłka
obok ratusza praga południe
szkoda że nie jest tak mądra
i nie wylicza ile wydano milionów euro
ile włożono nadziei i złudzeń
ale cóż to tylko piłka
ech wielka piłka

http://www.eastnews.pl/news/biuletyn.php?idPozycji=11772&kiedy=2007-09-28

niedziela, 17 lutego 2008

Żeby

Mieć życie na własność jak siedem godzin
spędzanych w pociągu pomiędzy mieszkaniem
rodziców, a tym, w którym się mieszka.

Dalsze godziny kreują się w zależności od
treści poznanych książek.

Kawałek wieczności pośród bezkresnej
inkarnacji bytu, albo lądowanie na jednym
z poziomów six feet under.

Można pływać bezwładnie pomiędzy
puzzlami bezkształtnych obłoków
niczym homocumulonimbus.

Żeby jeszcze cokolwiek przewidzieć, zamiast
mantrować błędy, jak koraliki przesuwane
pomiędzy kostkami kolejnych wypustek.

Tajabone

Barcelona
nocnym płaszczem okryta
gdzieniegdzie tylko światła
na przedmieściach ogniska
radio w taksówce
w najpodlejszej dzielnicy miasta
nadaje pieśń

http://pl.youtube.com/watch?v=nPrM5ETck6E

http://szafa65.wrzuta.pl/audio/2h4iSQ3XYr/ismael_lo_-_tajabone


Daj mi dłoń

Daj, daj mi dłoń
Proszę daj mi dłoń
Daj, daj mi dłoń
Proszę daj mi dłoń

Ja wiem uścisk Twój
Zawsze chronił mnie
I mój własny świat
Cały kruchy świat

Daj, daj mi dłoń
Proszę daj mi dłoń

Podejdź
Do mnie
Podejdź
Daj mi dłoń

Przytul
Dotknij
Proszę
Podejdź

środa, 13 lutego 2008

time goes by so slowly

cyk cyk cyk cyk

cyk cyk cyk cyk

ja

zegar

cyk cyk cyk cyk

tak

odmierzam

time goes by so slowly

time goes by so slowly

time goes by so slowly

time goes by so slowly

wtorek, 29 stycznia 2008

Mądrość słowa

I

Jednak lepiej jest
nie mówić zbyt wiele,
nie mając pewności, że
słowa nie wrócą z impetem.


II

Czasami dobrze jest
ugryźć się w język
Nie obiecywać zbyt wiele.


III

Uprzejmość. Takt. Kultura.
Są jak niewidzialne ciosy, które
usypiają czujność wroga.
Należy w sobie wypracować
nawyk uprzejmości, ażeby łatwiej
i sprawniej pokonywać trudności
zachowując energię i czas.


IV

Nie powinienem przywiązywać się
do spotykanych wszędzie ludzi.
Powinienem się do nich przyzwyczajać.


V

Wytrwałość i cierpliwość powinny być
jak starsze siostry, które w chwilach słabości
potrafią doradzić, pocieszyć i opierdolić.
Zbyt mało w nas tej siostrzanej opieki.

VI

Ćwiczmy naszą cierpliwość, wytrwałość
i wyrozumiałość.