sobota, 29 maja 2010

Międzyborów 2010

Czytany wiersz - druga nagroda w turnieju ;-)))


szyszka

nazywaj mnie jak chcesz
ja pozostanę owocem

nie zakazuj
nie pożądaj
nie smakuj

wiatr zrobi swoje
zaradny jest i mobilny

jak siewca












Zdjęcia: Dorota Ryst

http://picasaweb.google.pl/literaci.eu/PtaronatLiteraciEuSrebrnaSzyszkaMiedzyborow29Maja2010FotDRyst?feat=directlink#

http://www.literaci.eu/index.php?option=com_content&task=view&id=2827&Itemid=206

piątek, 28 maja 2010

"Kup pan cegłę" - gracze na papierze




http://www.magazyn-cegla.net/cegla,17,wiersze,292.html

środa, 26 maja 2010

środa, 19 maja 2010

Sady Żoliborskie - recenzja

Mała epopeja żoliborska - o wierszu "Sady Żoliborskie" Luisa*

"Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz/ Rozkwita na drzewach na krzewach/ Ściekami z rzeki kompletnie pijany"

Wśród najbardziej przebrzmiałych gatunków literackich, jeśliby pokusić się na stworzenie takiego rankingu, z pewnością pierwsze miejsce zajmowałby antyczny epos, czy też epopeja. Iliada i Odyseja, Pieśń o Rolandzie, Raj Utracony, albo rodzimy Pan Tadeusz plus reszta dorobku światowego w tej dziedzinie, jako katalog eposów, wydają się być skończoną całością. I nie ma w tym katalogu miejsca na nowości. „Poemat o współczesności, przeszłości, przyszłości? Toż orzeczono na łamach i z katedr, iż zamiary takie nie przystoją literaturze współczesnej, że dla takich zamysłów ani języka nie ma, ani odbiorcy? I słusznie (1)”. A jednak lektura Sadów Żoliborskich taki interpretacyjny trop podsuwa. Także reakcja czytelników jest charakterystyczna – poezja to czy proza? Może ani jedno ani drugie – po prostu epopeja, czyli epicki utwór o cechach poezji. Więc może jednak – Luis napisał epopeję żoliborską?

Tak. Ale. To oczywiście jedynie stylizacja. Intertekstualna zaczepka. Autor Sadów Żoliborskich operuje bowiem aluzjami ze zręcznością prestidigitatora. Wyczarował wiec utwór, który zaskakuje czytelnika swoją formą, pozornie przełamuje reguły gatunkowe, tak jak iluzjonista pozornie przełamuje prawa fizyki. Ale to tylko sztuczka. A nawet – żeby odrobinę schlebić autorowi – sztuka. Sztuka poetycka. Jednak, taka moja rola krytyka – muszę odsłonić to kuglarstwo. Podział kompozycyjny tego utworu jest dobrą wskazówką: jest to rewelacyjny przykład zabawy z konwencją. Rzymskie liczby, którymi autor opatrzył kolejne części swojego tekstu, wprost odsyłają do kilku, co najmniej, porządków. Z jednej strony to części antycznego eposu (który powinien składać się z parzystej liczby ksiąg, zazwyczaj będącą wielokrotnością liczby sześć), z drugiej mogą to być stacje drogi krzyżowej; ale ostatecznie to przecież nawiązanie do rzeczywistego podziału administracyjnego warszawskiego osiedla Sady Żoliborskie na kolonie, oznaczane kolejnymi cyframi rzymskimi. Sady… opierają się więc na literackiej konwencji. I chwała dla autora, że dał radę ten fakt ukryć, chroniąc się przed zarzutem banału. Bo w przypadku epopei, bezpośrednie nawiązanie jest ryzykowne: „w utworze, który nie chciałby się wystawić na niebezpieczeństwo posądzenia o to, że jest poczciwym kiczem, nieuchronnym współczynnikiem wielkiego zamiaru musi być dzisiaj ironia (2)” .

Oba powyższe cytaty pochodzą w recenzji książki 12 stacji Tomasza Różyckiego, współczesnego poety, który ośmielił się wziąć na warsztat epopeję i opowiedzieć za jej pomocą historię swoją i swojej rodziny, tworząc w ten sposób pełną uroku opowieść o eskapadzie kresowiaków ze swojej Troi na Opolszczyźnie do Itaki – małej mieściny pod Lwowem. Opisując po drodze rzeczywistość polską w całej jej szarej okazałości. Z całą pewnością ironia była tu instrumentem pozwalającym wskrzesić truchło epopei, dzięki czemu możliwe okazało się dla Różyckiego stworzenie utworu niebanalnego, dla którego znalazł i język i odbiorców. Luis też podołał temu zadaniu. Ale próżno doszukiwać się w jego utworze ironii. Postawił na odmienną zupełnie strategię. Jego narracja jest pozbawiona ocen. Narrator nie sili się na wartościowanie tego, co widzi, nie ironizuje; patrzy na świat jakby poprzez zimne oko kamery:

„I Żoliborskie Sady stają się planem filmowym”.

Z tego właśnie powodu wszystkie opisywane elementy świata przedstawionego stoją razem, sprawiedliwie – w jednym szeregu na pierwszym planie. Tak samo istotny (albo tak samo nieistotny) jest krajobraz warszawskiego osiedla, bilbordy Castoramy, związek Adriana z księdzem, czy oferta rozrywkowa okolicznych klubów i mordowni. A także dramat psów w noc sylwestrową. Wszystko jest potraktowane z taką samą reporterską uwagą. Wydaje się, że narrator wręcz manifestuje swoją absolutną obojętność. Z opisu historii Adriana-sąsiada domyślamy się jakieś sensacji, obyczajowego skandalu, czy nawet tragedii. Przyzwyczajeni do tabloidowego odbioru faktów wymagamy pikantnych szczegółów. Ale dowiadujemy się tylko tyle, ile narrator zechce nam powiedzieć. Czyli niewiele – nie ma tu plotkarskiego słowotoku. Jest jedynie rejestracja faktów, bez interpretacji. Ale czytelnik ma wystarczająco dużo danych do tego, żeby samemu podjąć ten interpretacyjny trud. Rzeczywistość jest plugawa, narrator ma tego świadomość, opisuje bowiem życie zupełnie nieheroiczne, życie ludzi wciąż ocenianych, potępianych – bezrobotnych, alkoholików, Adrianów-sąsiadów. Nie chce więc stawać do wyścigu: kto pierwszy rzuci kamień. Znajdą się gorliwsi od niego. Bieglejsi w tej dyscyplinie.

Utwór operuje bardzo oszczędną narracją. Co jednak nie przeszkadza autorowi pochylać się nad szczegółem – i uwijać się nad nim pracowicie, wykonując solidną poetycką robotę. Sady Żoliborskie w tym utworze nie są poetyckim abstraktem, nie są rozpoetyzowanym fantomem. Sady Żoliborskie są tutaj konkretem, zdestylowaną do poetyckiego obrazu materialną rzeczywistością. Autor nie bawi się więc w kunsztowne metafory, stylistyczne ochy i achy. Konkret jest konkretem i tylko gdzieniegdzie prześwituje liryczna materia:

"XV
Pozbawione liści i kwiatów drzewa zlodowaciały. Wyglądają jak drzewiaste sople. Z parapetów zwisają szklane harfy. Nikt nie spodziewał się takich mrozów.
XVI
Lodowe sady opalizują. Przypominają pryzmat z okładki płyty Pink Floyd".

Obraz poetycki mocno zakotwiczony jest w rzeczywistości. Nie ma tu miejsca na przegadanie. Bo nie ma czasu. Utwór, przy stosunkowo niewielkiej objętości, jest maksymalnie skoncentrowany - i to zarówno pod względem przestrzennym (stara się zawrzeć w sobie całość panoramy opisywanej przestrzeni – panoramiczny obraz atmosfery i klimatu tego miejsca), jak i pod względem czasowym. Czas jest bardzo istotnym czynnikiem w tym utworze.


„Czas nie lilaczy się. Czas zapierdala. Carrefour ogłosił promocję na krzesła składane, które zostały z lata. Przynajmniej tak mówią bilbordy, przy Broniewskiego”.

Czas wszystko zmienia – jego widocznymi wskazówkami są zmiany pór roku i sezonowe zmiany w życiu ludzi. To on zmienia życie pojedynczych bohaterów (w zimie szukają pracy, dachu nad głową wkładki do zupy, w lecie są mniej wymagający – wystarczy wino i ławka w parku), relacje między nimi ewoluują, kończą się, rozpadają. Ale także czas zmienia ich środowisko – osiedle przekształca się – stare budynki podupadają coraz widoczniej, są rozbierane; wszystko się zmienia i wszystko zmierza w jednym kierunku:

„Ruch jednostronny. Płatne parkingi. Sady się kurczą w przeciwieństwie do słońca i ostatniego stadium życia jeziora. Powązki wciągają zieleń. Przywołują z oddali”.

Wszystko podlega atrofii, życie ma nieuleczalną skłonność do zamierania. Zagładzie ulegają pojedyncze istnienia, pojedyncze historie, pojedyncze osiedla i miasta. Kurczą się sady, wysychające jezioro. I tylko słońce pęcznieje, aż zmieni się w czerwonego olbrzyma i sprawi, że cały ludzki świat zmieni się w jeden wielki cmentarz powązkowski. Bez zieleni.

Paweł Brzeżek

(1) http://wyborcza.pl/1,75517,2011525.html#ixzz0oB0Wdr5X
(2) Tamże.

Podtytuł - cytat z piosenki T-love "Warszawa".
Foto: za zgodą autora ze strony http://syrenigrod.fotolog.pl/


* Recenzja pochodzi ze strony allarte.pl i jest opublikowana za zgodą autora:
http://www.allarte.pl/df723NDQ0Mg__0,mala-epopeja-zoliborska---o-wierszu-sady-zoliborskie-luisa.html

niedziela, 16 maja 2010

poniedziałek, 3 maja 2010

Delta wsteczna

I

Brama została otwarta. Nie trzeba się troić, z obrony nici.
Wie o tym nawet najbardziej zapijaczony operator pogłębiarki toru wodnego.
Tutaj sztorm zmienia wszystko. Świna ucieka przed morzem rozlewając
ziarenka, które toczą się wolno po dnie.

Gdyby tak można było cokolwiek zbudować uciekając przed sobą.

II

Ocieplenie. Coraz więcej wilgoci przedziera się i tworzy nurty o mniej lub bardziej regularnych korytach. Lądolód się kurczy. Oddala północ.
Bliżej nam na południe.

III

Przybywa brudów i bruzd. Formują się ozy, moreny, pagórki.
Wokół nich oczka malutkich wysp.

IV

Moja – twoja
Przód – tył
Transgresja – regresja

Morze ma głos.
Może to coś zmieni.

V

Kiedy się wdziera, przynosi straty jak każdy intruz.
Rozrywa. Strzępi. Niszczy.
„Odnawia oblicze ziemi”.

VI

Księżyce. Wały. Bagietki. Brzuchate zarośla w okolicach plaż.
I te pozbawione szat jak plaże dla naturystów. Wydmy.

VII

Kościół na martwym klifie. Pasywne modlitwy. Rozmowy z ptactwem na temat symboliki ryby. Zbieranie muszelek ślimaków. Pokrzyw na obiad.


VIII

Pokłady wapnia się wyczerpały. Kopalnię wypełnia woda.
Zieleń lasu, błękit nieba oraz reakcje podwodne, powodują turkusową barwę lustra akwenu.

IX

Ciasnym głębokim torem tłoczą się statki. Północ-południe-znów północ.
Szczecin-Bałtyk-stocznia-latarnia morska. Do portu.

X

Szarymi szlakami wędrują mrówki: wschód-zachód-wschód.
Niosą materiały na budowę gniazda. Niektóre wybierają wolność.

XI

Falochrony nie chronią brzegu. Morze daje i odbiera. Woda się poniewiera.

XII

Bursztynek. Kamyczek. Bryza. Masaż błotny. Przemijają przemiany.
Wędrują ludy. Konik morski odciska swój kształt w kamieniu.
Prawo nigdy nie działa wstecz.

wtorek, 27 kwietnia 2010

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Dwa wiersze dla Wojciecha Siemiona

Pierwszy. Napisany na podstawie książki "Czytanie Białoszewskiego", napisanej przez Pana Wojciecha.
Jest tam taka anegdota dotycząca rozmów i sytuacji związanych z pogrzebem Mirona Białoszewskiego.
A też książkę otrzymałem na Mironaliach, których dobrym duchem był Wojciech Siemion.


Pogrzeb Białoszewskiego


No, wreszcie!

Żadnych ubrań,
szczoteczek, pantofli.

I przestań już płakać.
Na tę chwilę czekałem.

Nie obchodzą mnie listy,
odczyty, ani treść słowników,
które trzeba będzie napisać.

Tylko te kwiaty są ważne.


Drugi. Napisany także na podstawie informacji z książki, ale już zupełnie innego autora.
Czytałem go na jednym z konkursów w Łomiankach. Cały wieczór poświęcony był życiu i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. Wojciech Siemion był wtedy gościem specjalnym. Czytał utwory Iwaszkiewicza, ale także poświęcone i zainspirowane życiem i śmiercią Karola Szymanowskiego. Mój wiersz został zupełnie pominięty przez jurorów. Natomiast zaraz po ogłoszeniu werdyktu podszedł do mnie Wojciech Siemion i spytał czy mógłby ode mnie otrzymać mój wiersz, miałby do kolekcji. Oczywiście podpisałem, ofiarowałem, uścisnąłem dłoń i pożegnaliśmy się.

Pogrzeb Szymanowskiego


Stukot kół składa się w akord:
Lozanna - Berlin - Warszawa - Kraków.

W stolicy - nieudana akcja przemiany serca
w kamień. Na ulicach tłum.

Grają wieże Św. Krzyża, balkony
Opery i Filharmonii.

Po latach spłonęło serce - schowane
w urnie, jak nieposkładane dźwięki,
rezonujące ślimaki i schody na Skałce.

Tymoszówka już blisko.

 
Niedługo będzie pogrzeb Wojciecha Siemiona.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Wędrowanie z Jakubem

park morskie oko


pamiętam, gdy w piątek przed wielkanocą
schodziliśmy w dół. na sucho i po omacku
szukaliśmy w głowach tytułów piosenek

steviego wondera. nie bardzo nam szło.
pamięć taplała się w pianie. dopiero jeziorko
mrugnęło świeżością i młodym wiekiem

zdarzeń pomiędzy regeneracją a rezurekcją;
rozmów o tanich kotletach; pytań – dokąd
zmierzamy bez znajomości zagranych nut.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Negatyw Magdy Gałkowskiej

ucieczki z konfesjonału do boga małych chłopców,
świata ukrytej broni, zapachu śmierci i prochu
spalającego go w błysku flesza.

i te na dłuższą metę, kiedy schowany
za obiektywem aparatu naciskał migawkę jak spust.
świat trzeba unieruchomić, bo tylko tak
można spojrzeć mu w oczy,

rozszerzone do bólu z przerażenia jak oczy Ewy,
bo nikt nie chce zostać preparatem,
anonimową odbitką z negatywu.

wciąż bywa milczącym świadkiem cudzego życia,
które podpatruje i którego nie rozumie,
bo straszne jest to, że trzeba dotykać ludzi,
więc lepiej milczeć o zostawionych śladach.

MG

(wiersz autorstwa M. Gałkowskiej)

natomiast fotki pochodzą z mojej dzisiejszej wycieczki nad Wisłę)



piątek, 2 kwietnia 2010

poniedziałek, 29 marca 2010

Mała wróżka

Mała wróżka, mówili szeptem do siebie.
Pokazywali palcami, opowiadali żonom
przed snem, mężom w czasie obiadu i
matkom, braciom, siostrom, kolesiom.

To określenie do niej pasowało.
Niska, korpulentny kształt, czarne włosy
i ten pyzaty nosek, jak u świnki Piggy.

Podobno, kiedy miała cztery lata,
podała ojcu sześć cyfr, które później
wylosowała maszyna. Mała wróżka –
- powiedział czytając kupon i patrząc na
każdą z wylosowanych piłeczek.

Wróżby wróżbami, kto chce, niechaj w plotki wierzy.

Te wszystkie szepty, pełen zazdrości wzrok,
opowiadane innym historie. Ta zawiść.

Kto by pomyślał, że właśnie ona jest najlepszym
w kraju sprzedawcą ubezpieczeń? Że podpisuje
miesięcznie tyle kontraktów, ile najlepsi agenci
przez cały rok nie dają rady. A niby taka mała!

Mała i cwana. Do tego wróżka. Bo kiedy siedzi
w tym swoim salonie. Rozkłada karty, horoskopy, fusy
i co tam jeszcze – kiedy mówi o tych nieszczęściach,
co w przyszłym tygodniu, albo za rok – zadaje
jedno proste pytanie.

A jednak działa.

niedziela, 28 marca 2010

Bert Stern fotografuje MM po raz ostatni



















Jakaś ty piękna! - Naprawdę?
Jak ładnie to powiedziałeś!

Czas nie jest ważny – znajdziemy go
tyle ile nam będzie potrzeba.

A potem się skończy.

Nie chciałabym tylko by szrama
po operacji była widoczna.

Nie była.


(źródło zdjęcia: www.bertstern.com)

sobota, 27 marca 2010

Zasłyszane - touch and go

No i cóż, moja droga, życie nie łechta cię
tak jak byś tego chciała. Masz teraz 30 lat.
Jedyne, co możesz powiedzieć o sobie
zawiera się w zdaniu – obsługiwałam Kulczyka.

Prawie jak nowa wersja „Obsługiwałem angielskiego króla”
Hrabala. Ale, ale! Cóż to właściwie znaczy –
obsługiwałam Kulczyka? Podawałam lunch, zmywałam
podłogę, zmieniałam zastawę, robiłam loda,
czy wystawiałam fakturę na firmę żony?
To może nie jest tak bardzo istotne w chwili,
gdy działa magia nazwiska. Cisza i łał!
Szacun, panienko Edith!

Gustujesz w kuchni śródziemnomorskiej, owocach
morza, czerwonym winie i czosnku. Kochasz opowiadać
o swoich podróżach na południe Europy, szczególnie do Włoch –
swoją drogą, widziałaś ostatnią reklamę pepsi?

Uwielbiasz pierwszą płytę Ani Dąbrowskiej,
szczególnie piosenkę „Charlie Charlie”.
Ty nigdy byś nie dała się nabrać żadnemu Charliemu.
Nie w taki sposób.

Po cichu marzysz o sławie i całowaniu lasek na scenie.
Zapewne gdybyś wydała swój pamiętniczek, mogłabyś
liczyć na spore tantiemy. Może nawet byłby to bestseller.
Donna Edith – wyznania suki. Tak to byłby świetny PR
dla pamiętniczka. Ale jesteś na to za głupia.
Dlatego jedyne, co możesz powiedzieć o sobie
zawiera się raptem w dwóch słowach.

czwartek, 18 marca 2010

Zasłyszane - ta noc będzie długa...

Ta noc będzie długa, pomyślał, gdy wrócił do domu. Gdzieś w zakamarkach wyobraźni spodziewał się, że taki moment kiedyś nadejdzie, że będzie trzeba podołać. Ale „kiedyś” brzmi prawie jak „nigdy”. Jest chwilą przesuniętą w czasie, owiniętą szczelnie rulonem niedostępności. Jest jak prawdopodobieństwo trafienia szóstki przy kumulacji „dużego lotka”. Nie przypuszczał, że „kiedyś” może oznaczać dzwonek do drzwi akurat dziś.

Na pierwszy rzut oka jest do niego podobny, chociaż zmasakrowana twarz i oczy wyłaniające się z czaszki nie pozwalają, na jednoznaczną ocenę. Gdyby zdjąć z niego ubranie, można by jeszcze spróbować po ogólnym wyglądzie sylwetki, ale na śniegu, pod okiem gapiów to niestosowne. Może ma jakiś znak szczególny? – spytał policjant. Tak, sztuczne zęby, górna i dolna szczęka. Zatem to nie może być on. Trzeba zapisać, że identyfikacja okazała się negatywna.

„Kiedyś” ponownie zwinięto w rulon, zalakowano. Niech sobie siedzi głęboko i nie rozwija więcej. Co za ulga. Tylko zasnąć nie można. Woła się matkę na pomoc i jest się bezradnym jak dziecko, którego nikt nie chce przytulić. Do tego niepewność. Rano zbudził go dzwonek do drzwi. Przyszedł, więc teraz ma pewność, że to nie on.